No.17 - X-COM: Terror from the Deep (PC, 1995)

    X-COM: Terror from the Deep od MicroProse, jako spadkobiercę i bezpośrednią kontynuację legendarnego UFO: Enemy Unknown, trudno uznać za grę nieznaną. Podobnie zresztą w kryterium oryginalności, tytuł jest niemal dokładną kalką poprzedniczki, powtarzając nie tylko pomysły ale i rozwiązania. Czym wyjątkowym pochwalić może się zatem druga część serii i co więcej można powiedzieć o niej po takim wstępie? To proste - z perspektywy czasu - TFTD to najprawdopodobniej najlepsza, a zarazem najbardziej niedoceniona, gra w historii PC. 

    Swego czasu o wielkości pierwszej części UFO nie trzeba było przekonywać absolutnie nikogo. Układając zestawienia wszech czasów, największe światowe serwisy o grach nierzadko stawiają tytuł przed największymi gigantami w historii tej rozrywki, z Enemy Unknown o miano najlepszej gry w historii przegrywają nawet Civilization, serie Sim od Maxis czy nieśmiertelny StarCraft. Rewelacyjne połączenie symulacji ekonomicznej, taktycznej strategii i nieziemskiego (dosłownie i w przenośni) klimatu od lat przynoszą efekty w postaci rozlicznych, lepszych lub gorszych klonów serii, zarówno tych wydawanych komercyjnie jak i tych tworzonych bezpośrednio przez fanów.

   X-COM: Terror from the Deep ukazał się niemal natychmiast po premierze pierwszej części gry i został przez recenzentów przyjęty dosyć niechętnie. Odświeżenie elementów graficznych, dłuższa i trudniejsza rozgrywka oraz przeniesienie większości akcji w oceaniczne głębiny było zdecydowanie zbyt małym ruchem do przodu. Ocenom nie pomogła nawet zupełnie przytłaczająca atmosfera strachu ani idealnie dopasowana muzyka - obie przekraczające poziom pierwowzoru. Dziś ten element nastawionej na zysk wtórności przestaje mieć jednak większe znaczenie. TFTD to systemowo ciągle najlepsza strategia taktyczna na PC, o krok przed UFO, z niepowtarzalnym klimatem i jedną z pierwszych oficjalnych polskich wersji językowych.

    X-COM: Terror from the Deep najłatwiej znaleźć dziś na stronach poświęconych klasyce gier. Oryginalne wydanie znaleźć można także na portalach aukcyjnych, a przeszło dwa lata temu swoją premerię miała, przystosowana do uruchamiania na najnowszych wydaniach systemu Windows, wersja wykorzystująca dystrybucję poprzez popularną sieć Steam (aktualnie w śmiesznej cenie $5).

No.16 - Conker's Bad Fur Day (Nintendo 64, 2001)

    Konsolowe platformówki 3D z wiewiórkami w roli głównej nie budzą chyba żadnego zdziwienia. Platformówki 3D, których ocenzurowane wersje zostały na całym świecie sklasyfikowane jako materiał Mature potrafią już nieco zaintrygować. Platformówka 3D, która łączy w sobie oba te fakty, a na dodatek jest jednym z najwyżej ocenianych tytułów wszech czasów na dwa zupełnie różne systemy, staje się już ewenementem w skali czasu i przestrzeni.

    Utrzymując klimat gry, Conker's Bad Fur Day wydaje się być jednym z tych tytułów, do których zachęcać wręcz nie należy. Niech cierpią nieświadomi i niedowiarki, w końcu nie każdy jest godzien dotykać swymi brudnymi paluchami tego cudeńka. Cudeńka przynajmniej w mniemaniu realiów świata wewnętrznego, choć trzeba przyznać, że w tym samouwielbieniu i pewności siebie jest wiele prawdy. Liczne wstawki dialogowe, ciężki humor - zabawa z produkcją Rare przypominać może momentami rozmowę z profesorem filozofii w stanie upojenia alkoholowego. Wiele rzeczy trudno zrozumieć, wiele rzeczy ma niezwykle dwuznaczny wydźwięk i budzi wątpliwości. Ale poza doskonałą stroną zręcznościową, właśnie gra słowem, klimat i charakter stanowi o wielkości tytułu, wywołując szczery niepokój i zdezorientowanie, jednocześnie stawiając platformówkę w szeregu niewielu produkcji, które robią to stosując metody intelektualne i niepospolite.

    Dotarcie do CBFD możliwe jest dzisiaj na kilka sposobów. Prócz (zagranicznych) portali aukcyjnych, na których wciąż wyszperać można oryginalny cartridge z grą dla N64,  opcjami pozostają potęga emulacji oraz wydany w 2005 roku udoskonalony audiowizualnie remake gry dla konsoli Xbox (pt. Conker: Live & Reloaded).

No.15 - Mad TV (Amiga, 1991)

    Istnieją takie konwencje, w których dobre tytuły można z łatwością policzyć na palcach jednej ręki. Jedną z takich formuł jest niewątpliwie symulacja zarządzania stacją telewizyjną, podgatunku, który przez długie lata zaczynał i kończył się na Mad TV.

Grywalność produkcji Rainbow Arts opiera się na dwóch filarach. Pierwszym z nich jest niewątpliwie humor, drugim - ekstrakcja, symulacja została bowiem uproszczona i koncentruje się na najistotniejszej części - przyjemnej odpowiedzialności za bezpośredni skład i dobór programu telewizyjnego, kontakty z reklamodawcami czy ew. nakręcanie własnych programów studyjnych. Brak głębszej otoczki, nieuchronnie upływający czas czy odpowiednie zestawienie zadań powodują, że gra toczy się szybko i wywołuje silny nacisk na część ekonomiczną rozgrywki. Wykorzystanie prawdziwych tytułów i popularnych nazwisk filmowych oraz mnóstwo nonsensowengo humoru w serwisach informacyjnych sprawiają zaś, że droga przez Mad TV jest odpowiednio gładka i przyjemna. Przynajmniej od czasu załapania zasad rządzących reklamą i rywalizacją z konkurentami, bowiem początkowo poziom trudności gry może wydawać się dosyć wysoki.

    Mimo upływu niemal dwudziestu (!)  lat, Mad TV zdaje się trzymać całkiem nieźle. Prócz oryginalnej wersji, którą z łatwością znaleźć można niemal na każdej stronie z klasyką gier, tytuł doczekał się także amatorskiej konwersji pod przeglądarkę internetową i kilku prób fanowskich remake'ów gry.

No.14 - Garou: Mark of the Wolves (Arcade, 1999)

    Czy obca kopia, podróbka nieudolnego konkurenta, może prześcignąć oryginał? W przypadku gier zdarza się to rzadko, ale nie nigdy. Czy zdarzyło się tak w przypadku Garou: Mark of the Wolves, dziewiątej (!) z kolei odsłony serii Fatal Fury? Przeglądając rozliczne opinie i oceny, można dojść do wniosku, że niemal z pewnością.

    O rywalizacji na rynku arcade'owych bijatyk na linii SNK-Capcom można by pisać bardzo długo . Nie jest też tajemnicą, że pierwszy z wydawców oskarżany był wielokrotnie (choć chyba nigdy formalnie) o marne kopiowanie pomysłów swego konkurenta. Capcom wielokrotnie wykorzystywał ten fakt do parodiowania nieczystych zagrań SNK, jednak w przypadku G:MotW, którego rozliczne składniki zostały w jasny sposób zaczerpnięte ze Street Fightera III, zarzutu o nieudolność postawić nie sposób. Tytuł jest ukoronowaniem serii niemal pod każdym względem - wyważona i płynna rozgrywka, doskonała oprawa graficzna, wręcz rewelacyjna muzyka - w każdym z tych elementów producent osiągnął szczyt swoich dokonań. Ponadto, mimo powiązań, autorom udało się wytworzyć własny, charakterystyczny, niezwykle barwny klimat i styl rozgrywki. I dlatego właśnie - ta niezwykła bijatyka jest nie tylko ciekawostką. Dla tych, którzy dotychczas nie mieli okazji zetknąć się z platformą NeoGeo, tytuł może być dobrym początkiem - wyznacznikiem, który zdecyduje, czy warto poświęcić dziesiątkom pozostałych tytułów więcej uwagi.

    Znalezienie automatu z Garou: Mark of the Wolves może okazać się dziś już zupełnie niewykonalne. Na szczęście przy okazji różnych wydań i reedycji tytuł stał się dostępny na całkiem sporą ilość platform sprzętowych. Tym samym, dotarcie do niego w ten lub inny sposób nie powinno sprawiać większych trudności.

No.13 - Plants vs. Zombies (PC, 2009)

    Wszyscy, dla których hasło tower defence brzmi znajomo, wiedzą chyba dobrze jak szybko ten oryginalny i niezwykle chwytliwy pomysł stał się ofiarą prawdziwej kalkomanii. Setki flashowych produkcji, dziesiątki pełnowymiarowych tytułów na PC i konsole, różnorodne konwencje, mniej lub bardziej pomysłowe rozwinięcia i zdawać by się mogło, że idea została kompletnie wyeksploatowana.

    Stwierdzeniu temu szczęśliwie przeczy klejnot ostatnich miesięcy - Plants vs. Zombies studia PopCap Games. Własną wizję strategii z elementami gry logicznej autorzy ubrali w groteskową oprawę konfliktu pomiędzy przydomowymi roślinkami a wszystkożernymi zombie. Doskonale funkcjonującą mechanikę głównego trybu rozgrywki uzupełniają dziesiątki pełnych czarnego humoru minigier i bonusów, często czerpiących i parodiujących pomysły z innych, popularnych produkcji. Całość funkcjonuje przy tym bez zgrzytów, a każdy element PvZ zdaje się stanowić fragment nierozrywalnej całości, bawiąc, strasząc i wywołując śmiech. Ocierając się niemal o gatunkowy ideał - Plants vs. Zombies jest dla mnie absolutną perełką tego roku, pozytywną bombą, która powinna zapewnić sporo rozrywki właściwie każdemu, bez względu na wiek czy utarte sympatie.

    Wersję PC tytułu znaleźć można przede wszystkim na oficjalnej stronie producenta. Prócz pełnego wydania gry w cenie €10, strategia dostępna jest także w wersji demonstracyjnej. Premiery na konsole Xbox 360 i Nintendo DS zostały dopiero zapowiedziane.