No.18 - Death Rally (PC, 1996)

    Death Rally fińskiego studia Remedy to jedna z tych gier, które wydają się być synonimem dobrej zabawy i nic ponadto. Pomysł jest prosty - klasyczny wyścig z widokiem od góry, z zestawem tras i wozów - uzupełniony jednakże o arsenał różnorodnych broni i ulepszeń pojazdów oraz ranking na szczycie którego czeka ostateczny przeciwnik i chwała zwycięzcy.

    Pod płaszczem banalnej, samochodowej gry akcji jest jednak coś jeszcze. Początkowe porażki potrafią być frustrujące, ale co łatwo odkryć - wszystko dlatego, że DR oprócz strony czysto zręcznościowej, niesie ze sobą także istotny element taktyczny. Odnalezienie się między klasami wyścigów, poznanie strategicznych punktów każdej z tras oraz odpowiednie inwestycje w modernizacje swojego czterokołowca i wypracowanie własnych pomysłów wykorzystania uzbrojenia mogą zająć trochę czasu. I chyba właśnie to połączenie - naturalny dla każdego gracza, prosty, wyjątkowo miodny gameplay oraz różnorodne tajniki natury ekonomiczno-strategicznej stanowią o wielkości tej wiekowej już gry. Pierwsze ukończenie Death Rally zająć może długie godziny i blisko setkę wyścigów, kolejne - nawet kilkukrotnie mniej.

    Tytuł przez lata był dostępny (w okrojonej wersji dla DOS) na licznych stronach z klasyką gier. Kilka miesięcy temu, pod koniec roku 2009, producent postanowił zrobić miłą niespodziankę i wypuścił na swoich stronach pełną wersję gry dla Windows - tym razem już jako freeware. 

No.17 - X-COM: Terror from the Deep (PC, 1995)

    X-COM: Terror from the Deep od MicroProse, jako spadkobiercę i bezpośrednią kontynuację legendarnego UFO: Enemy Unknown, trudno uznać za grę nieznaną. Podobnie zresztą w kryterium oryginalności, tytuł jest niemal dokładną kalką poprzedniczki, powtarzając nie tylko pomysły ale i rozwiązania. Czym wyjątkowym pochwalić może się zatem druga część serii i co więcej można powiedzieć o niej po takim wstępie? To proste - z perspektywy czasu - TFTD to najprawdopodobniej najlepsza, a zarazem najbardziej niedoceniona, gra w historii PC. 

    Swego czasu o wielkości pierwszej części UFO nie trzeba było przekonywać absolutnie nikogo. Układając zestawienia wszech czasów, największe światowe serwisy o grach nierzadko stawiają tytuł przed największymi gigantami w historii tej rozrywki, z Enemy Unknown o miano najlepszej gry w historii przegrywają nawet Civilization, serie Sim od Maxis czy nieśmiertelny StarCraft. Rewelacyjne połączenie symulacji ekonomicznej, taktycznej strategii i nieziemskiego (dosłownie i w przenośni) klimatu od lat przynoszą efekty w postaci rozlicznych, lepszych lub gorszych klonów serii, zarówno tych wydawanych komercyjnie jak i tych tworzonych bezpośrednio przez fanów.

   X-COM: Terror from the Deep ukazał się niemal natychmiast po premierze pierwszej części gry i został przez recenzentów przyjęty dosyć niechętnie. Odświeżenie elementów graficznych, dłuższa i trudniejsza rozgrywka oraz przeniesienie większości akcji w oceaniczne głębiny było zdecydowanie zbyt małym ruchem do przodu. Ocenom nie pomogła nawet zupełnie przytłaczająca atmosfera strachu ani idealnie dopasowana muzyka - obie przekraczające poziom pierwowzoru. Dziś ten element nastawionej na zysk wtórności przestaje mieć jednak większe znaczenie. TFTD to systemowo ciągle najlepsza strategia taktyczna na PC, o krok przed UFO, z niepowtarzalnym klimatem i jedną z pierwszych oficjalnych polskich wersji językowych.

    X-COM: Terror from the Deep najłatwiej znaleźć dziś na stronach poświęconych klasyce gier. Oryginalne wydanie znaleźć można także na portalach aukcyjnych, a przeszło dwa lata temu swoją premerię miała, przystosowana do uruchamiania na najnowszych wydaniach systemu Windows, wersja wykorzystująca dystrybucję poprzez popularną sieć Steam (aktualnie w śmiesznej cenie $5).

No.16 - Conker's Bad Fur Day (Nintendo 64, 2001)

    Konsolowe platformówki 3D z wiewiórkami w roli głównej nie budzą chyba żadnego zdziwienia. Platformówki 3D, których ocenzurowane wersje zostały na całym świecie sklasyfikowane jako materiał Mature potrafią już nieco zaintrygować. Platformówka 3D, która łączy w sobie oba te fakty, a na dodatek jest jednym z najwyżej ocenianych tytułów wszech czasów na dwa zupełnie różne systemy, staje się już ewenementem w skali czasu i przestrzeni.

    Utrzymując klimat gry, Conker's Bad Fur Day wydaje się być jednym z tych tytułów, do których zachęcać wręcz nie należy. Niech cierpią nieświadomi i niedowiarki, w końcu nie każdy jest godzien dotykać swymi brudnymi paluchami tego cudeńka. Cudeńka przynajmniej w mniemaniu realiów świata wewnętrznego, choć trzeba przyznać, że w tym samouwielbieniu i pewności siebie jest wiele prawdy. Liczne wstawki dialogowe, ciężki humor - zabawa z produkcją Rare przypominać może momentami rozmowę z profesorem filozofii w stanie upojenia alkoholowego. Wiele rzeczy trudno zrozumieć, wiele rzeczy ma niezwykle dwuznaczny wydźwięk i budzi wątpliwości. Ale poza doskonałą stroną zręcznościową, właśnie gra słowem, klimat i charakter stanowi o wielkości tytułu, wywołując szczery niepokój i zdezorientowanie, jednocześnie stawiając platformówkę w szeregu niewielu produkcji, które robią to stosując metody intelektualne i niepospolite.

    Dotarcie do CBFD możliwe jest dzisiaj na kilka sposobów. Prócz (zagranicznych) portali aukcyjnych, na których wciąż wyszperać można oryginalny cartridge z grą dla N64,  opcjami pozostają potęga emulacji oraz wydany w 2005 roku udoskonalony audiowizualnie remake gry dla konsoli Xbox (pt. Conker: Live & Reloaded).

No.15 - Mad TV (Amiga, 1991)

    Istnieją takie konwencje, w których dobre tytuły można z łatwością policzyć na palcach jednej ręki. Jedną z takich formuł jest niewątpliwie symulacja zarządzania stacją telewizyjną, podgatunku, który przez długie lata zaczynał i kończył się na Mad TV.

Grywalność produkcji Rainbow Arts opiera się na dwóch filarach. Pierwszym z nich jest niewątpliwie humor, drugim - ekstrakcja, symulacja została bowiem uproszczona i koncentruje się na najistotniejszej części - przyjemnej odpowiedzialności za bezpośredni skład i dobór programu telewizyjnego, kontakty z reklamodawcami czy ew. nakręcanie własnych programów studyjnych. Brak głębszej otoczki, nieuchronnie upływający czas czy odpowiednie zestawienie zadań powodują, że gra toczy się szybko i wywołuje silny nacisk na część ekonomiczną rozgrywki. Wykorzystanie prawdziwych tytułów i popularnych nazwisk filmowych oraz mnóstwo nonsensowengo humoru w serwisach informacyjnych sprawiają zaś, że droga przez Mad TV jest odpowiednio gładka i przyjemna. Przynajmniej od czasu załapania zasad rządzących reklamą i rywalizacją z konkurentami, bowiem początkowo poziom trudności gry może wydawać się dosyć wysoki.

    Mimo upływu niemal dwudziestu (!)  lat, Mad TV zdaje się trzymać całkiem nieźle. Prócz oryginalnej wersji, którą z łatwością znaleźć można niemal na każdej stronie z klasyką gier, tytuł doczekał się także amatorskiej konwersji pod przeglądarkę internetową i kilku prób fanowskich remake'ów gry.

No.14 - Garou: Mark of the Wolves (Arcade, 1999)

    Czy obca kopia, podróbka nieudolnego konkurenta, może prześcignąć oryginał? W przypadku gier zdarza się to rzadko, ale nie nigdy. Czy zdarzyło się tak w przypadku Garou: Mark of the Wolves, dziewiątej (!) z kolei odsłony serii Fatal Fury? Przeglądając rozliczne opinie i oceny, można dojść do wniosku, że niemal z pewnością.

    O rywalizacji na rynku arcade'owych bijatyk na linii SNK-Capcom można by pisać bardzo długo . Nie jest też tajemnicą, że pierwszy z wydawców oskarżany był wielokrotnie (choć chyba nigdy formalnie) o marne kopiowanie pomysłów swego konkurenta. Capcom wielokrotnie wykorzystywał ten fakt do parodiowania nieczystych zagrań SNK, jednak w przypadku G:MotW, którego rozliczne składniki zostały w jasny sposób zaczerpnięte ze Street Fightera III, zarzutu o nieudolność postawić nie sposób. Tytuł jest ukoronowaniem serii niemal pod każdym względem - wyważona i płynna rozgrywka, doskonała oprawa graficzna, wręcz rewelacyjna muzyka - w każdym z tych elementów producent osiągnął szczyt swoich dokonań. Ponadto, mimo powiązań, autorom udało się wytworzyć własny, charakterystyczny, niezwykle barwny klimat i styl rozgrywki. I dlatego właśnie - ta niezwykła bijatyka jest nie tylko ciekawostką. Dla tych, którzy dotychczas nie mieli okazji zetknąć się z platformą NeoGeo, tytuł może być dobrym początkiem - wyznacznikiem, który zdecyduje, czy warto poświęcić dziesiątkom pozostałych tytułów więcej uwagi.

    Znalezienie automatu z Garou: Mark of the Wolves może okazać się dziś już zupełnie niewykonalne. Na szczęście przy okazji różnych wydań i reedycji tytuł stał się dostępny na całkiem sporą ilość platform sprzętowych. Tym samym, dotarcie do niego w ten lub inny sposób nie powinno sprawiać większych trudności.